Spacery Eugenii

  Nowy Świat w Ligocie to matecznik mojej pamięci i wyobraźni. Skład zakurzony- pełen anegdot, opowieści i historyjek... 

  -Jestem chora-powiedziała sama do siebie Genia.- Ale na co? Nigdy nie byłam chora. A teraz jestem!
  Doktorzy mówili, że musi przestać się denerwować pani Eugenia. Że musi odnaleźć w życiu swoim spokój. Że najlepsze byłyby codzienne długie spacery wśród przyrody, aby się zrelaksować i wyciszyć. Aby uspokoić się i oczyścić umysł.
  Genia, która była prostą wiejską kobietą z początku nie zrozumiała nawet czego od niej chcą. Gdy jej przetłumaczyli w końcu z prostego na prostsze, zaczęła gwałtownie oponować: gdzie jo byde jak głupielok jaki po wsi łaziła. Po co to komu łazić bez celu. I od razu też się zdenerwowała przy tym niepotrzebnie. Aż serce zaczęło w piersi jak gdyby skrzydłami ciężko bić. Musiała usiąść szybko.
  -Albo będzie się Pani stosowała do moich zaleceń, albo do widzenia!-wykrzyknął pan doktor, doprowadzony już do ostateczności uporem pacjentki.
  -Do widzenia?- przestraszyła się chora.- Że nimom czego tu u was szukać, niby?
  -Dokładnie- odparł surowo doktor.
  Takim postawieniem sprawy przeraził Eugenię nie na żarty, a więc przekonał, jak mówi poeta.       Spacerowała więc odtąd po łąkach Nowego Światu-myśląc przy okazji: co jo robiym kruca fuks. Przeca ani nie idym do Sklepnego, ani do Herminki, a po wsi sie belontom. I przechadzała się skrajem czarnoleskiego boru. Dziwiła się przy tym chmurom i uśmiechała się ptakom tak jak jej tego doradzili. Ze spokojem- szukając w sobie samej ciszy- przyjmowała jesienną agresywność os i płochliwość zajęcy, których tropem niekiedy podążała. Nowy Świat to bodaj najpiękniejsza część Ligoty, pełna ciszy i spokoju. Zieloność łąk, poprzecinana rzadką siatką dróg, wzdłuż których pobudowano w sporym od siebie oddaleniu nieliczne domostwa. Wszystkich tu się znało z imienia i z życiorysu. A całość tej krainy niewielkiej rozłożono pieszczotliwie u stóp wielkiego boru. Popod wspaniałą czystą gwiazdą słońca. Takiego słońca nie było w całym świecie! 
  Ciszę i spokój tej ziemi chłonęła Genia całą piersią struchlałą pragnącą żyć więcej niż kiedykolwiek, właśnie teraz kiedy to życie ubogie było zagrożone najwięcej!
  Ile to lat spacerowała dzisiaj już nikt nie powie, ale widywało się tę kobiecinę i w deszcz i zimę, tak samo często jak w dnie słoneczne i jasne. Czasem biegł jej śladem wiejski kundel. Kudłaty i brudny, ale z gębą szczęśliwą i beztroską.
  Aż któregoś dnia słychać, że pies jakiś nieswój. Szaleje. Biega wzdłuż przykopy co przecina tutejsze łąki na ukos. Skacze i przeraźliwie szczeka.
  To Eugenia leżała tam, twarzą do dołu w brudnej i płytkiej wodzie. Ale nikt oprócz psa o tym nie wiedział. Do chałupy jednak nie było daleko i wreszcie ktoś przyuważył tego szalejącego Burka nad przykopą. W końcu pobiegli tam mąż Eugenii Alojz i krewny ich i sąsiad Francek. 
  -Jezus Maryją!-zawołał Alojz- Szybko wyciągej Francek.
  Skoczyli w dół rowu i chlupnęła im woda w buty i nogawice galotów.
  Z wielkim trudem wyciągnęli Eugenię z przykopy, położyli na plecach na trawie, i chwilę się przyglądali bezradnie patrząc to na siebie to na leżącą bez ruchu Eugenię. Alojz pochylił się nad nią i starł dłonią wilgoć z jej twarzy.
  -Chyba nie żyje-powiedział niepewnym głosem sąsiad.
  -Genia co tobie?
  -Nie żyje.
  -Trzeba by po doktora gdzie polecieć, leć że!
  -Toż nie żyje, Alojz.
  -A co ty nagle papiery doktora znaloz i doktorowoł bydziesz?!
  -Alojz, przypatrz sie nie żyje. Jo siebie doktorem nie robie. 
  -Co teraz, chryste panie co robić?
  -Wezmy ją stąd najpiyrw ku chałupie.
  -Prawda, ku chałupie...
  Eugenia była cała brudna, ze straszną twarzą nieludzką. Chyba nieżywa a do tego jeszcze epileptyczka. W ścieku unurzana i cuchnąca. Patrzeli się na nią obaj niechętni brać trupa. Jak brać za ręce? Za nogi ciągnąć? Toż smród idzie aż  nosem kręci!
  -Dawoj jaką deske to ją sprawnie zaniesymy-wymamrotał Francek.
  -Z deski spadnie, nie do rady.
  -To koryto weźmy-rzucił błagalnie.
  -Gdzieby to koryto jak świnię. To moja żona, kruca fuks!
  -Weź drzwi wyjmij z zawiasów i tak poniesymy.
  Tak też zrobili. Na drzwiach ją do domu przynieśli. Potem przyjechał doktor, wszedł poprzez pustą  framugę bo drzwi wciąż pozostawały zdjęte z zawiasów i stwierdził zgon.
   -Trzeba umarłą umyć, co to jest!-zdenerwował się, aż dziwnie poczuł jakby serce poczęło mu się w piersi szamotać. Niby skrzydłami o klatkę piersiową bić. Zimny pot go oblał.
  -Trzeba umarłą przebrać i umyć-powiedział już spokojniej przecierając rękawem czoło. I poszedł.
  Został Alojz sam z trupem w pustym domu. Nie wiedział co robić.
  -Że niby Genia nie żyje-zapytywał sam siebie.-Nie uwierzę!
  Ktoś z rodziny wziął litościwie sprawy w swoje ręce. Pogrzeb i w urzędach co trzeba pozałatwiał.
  Tak też wkrótce Eugenię pochowali do grobu. 
  I tyle było z tego życia. Tej jedynej miłości.
  Spacery nie pomogły!


Komentarze