Opowieści z dawnego Bronowa: Od parobka do zagrodnika

 Dla Anieli Iskrzyckiej


 Bronów, druga połowa xix wieku. 
 Alojzy Iskrzycki- parobek, jest to postać w pamięci jego potomnych ledwie zarysowana, chociaż kluczowa. On, biedny chłopiec, najpewniej słabo wykształcony lub niewykształcony zupełnie, oddany z biednego domu na służbę do bogatego zagrodnika. Skąd przyszedł, w którą stronę Bronowa patrzył, gdy tęskno mu było za rodziną, nie sposób dzisiaj powiedzieć. 
 Gospodarze u których się znalazł nosili nazwisko Waliczek i mieszkali na północnym krańcu wioski. Tam gdzie później-lub już wtedy- znajdował się budynek pod numerem 30. Teren w tym miejscu wznosi się znacznie tuż za korytem przepływającego w dole potoku. Potok ten przecina pola Waliczków jakoby na dwie części, wiosną i latem nie rzadko rozlewając się szeroko na łąki położone w dole, poniżej wzniesienia.
 Młody parobek Alojz pewnie przyglądał się tym- rok w rok- zalewanym łąkom i w miarę dorastania ukradkiem również swojej gospodyni. Ale cóż robić- życie prawie nigdy nie jest sprawiedliwe. On jest tylko parobkiem, bez szczególnych widoków na odmianę losu. Nawet jeśli kiedykolwiek się ożeni, będzie to prawdopodobnie jakaś córka z komorniczej rodziny, służka zaharowująca się jak on na śmierć. Nic dobrego z tego nie będzie. Tylko kolejna bieda!
 Jak to bywało w owych czasach pryczę swoją musiał mieć zrobioną w oborze. Pod powałą, zbita z desek półka zasypana sianem i przekryta derką. Przynajmniej nie było mu tam zimno przy tych krowach, których musiało być co najmniej kilka. Budził się rano i od razu był w robocie. Kładł się wieczorem, miał wszystko na oku. Gospodarz był spokojniejszy, że nikt obcy szkody mu w oborze nie wyrządzi. Bo Alojz pilnuje. A poza tym tylko praca praca. Bo w gospodarstwie jest co robić cały rok. Może zaczynał swoje parobkowanie od pasienia krów? Krowy trzeba też wydoić. Oborę wysprzątać. Większość to ciężka robota ręczna, wszak to druga połowa xix wieku, dzisiaj już zupełnie odległa i jakby zapomniana epoka. U Waliczków musiał być i koń. Trzeba pola poorać, obsiać. Na koniec zebrać plony przed nadejściem jesiennych deszczy. We wszystkim tym parobek Alojz na pewno musiał brać udział. Od tego jest parobek. A Alojz był parobkiem.
 Zapłata z tego nie mogła być żadna konkretna. Możliwe, że rodzicom Alojza za pracę ich syna przysługiwał jakiś nieduży dział z Waliczkowych plonów. Na przykład pół metra zboża i ćwierć prosięcia na koniec każdego roku. Co do samego parobka najpewniej jedzenie i miejsce do spania. Co kilka lat może nowa kapota, i jakieś przez kogoś innego schodzone buty. Może tylko na święta mógł Alojzy udać się z odwiedzinami do swoich bliskich (o których nic już dzisiaj nie wiemy, oprócz tego, że oddali swego syna na służbę, co zresztą było wówczas prawie że normą pośród biedniejszych mieszkańców terenów wiejskich, i summa summarum wyszło Alojzemu na dobre). 
 Bo zdarzył los- a może Bóg sam w niebie- że umarł gospodarz Waliczek nieoczekiwanie. Pozostały po nim przestraszone i zapłakane dziatki i żona, teraz wdowa, wciąż nawet urodziwa i w sile wieku.
 I zostało po nieboszczyku Waliczku gospodarstwo. Piękne, zasobne. Ale bez gospodarza gospodarstwo nie może być! Co tam myślał o tym wszystkim parobek Alojz nie wiadomo, co myślała Waliczkowa wdowa pokazała najbliższa przyszłość. Kolejny rok nadchodził prędko, trzeba było za robotę się brać. Bo dziecka w domu i nędza grozi. Nad nieboszczykiem rąk załamywać dłużej nie trzeba, ani wylewać łez.

 *** 
 -Słuchej no Alojz, a podobo ci sie tutej u nas na gospodarce-zagadnęła Alojza gospodyni Waliczkowa.
 -A co tam podobać, toż to ino robota. 
 -Nie o robocie jo teraz, ale o chałupie naszej i gospodarstwie.
 -Chałupa niczego sobie gospodyni, jeno po co mnie o nią pytocie?
 -Bo sie bojem, że nas teraz zostawisz jak mąż mój zemrzył.
 -A co bych mioł was zostawiać, gospodyni.
 -To dobrze, że tak mówisz Alojzku. Boch sie frasowała, że odyńdziesz.
 -E tam! Gdzieby jo szeł. Tylko wiecie co?...
 -Co? Godejże!
 -Chciołech was prosić o coś...
 -Ady proś Alojz, czymu nie.
 -Tak myślołech gospodyni, jak byście mi jakie lepsze spanie zrobili gdzie w kącie izby czy w kuchyni to bych strasznie był wdziynczny.  
 -Ady cie nie zostawimy w tym chlywie. W dużej izbie dość je miejsca to sie co wymyśli.
 - W tej co wy śpicie gospodyni?
 -Ano w tej.
 Aż sucho zrobiło się Alojzemu w gardle! 
 -No, to by było... gospodyni-wydukał w końcu parobek.-Wielkie szczynści!
 -Gdzie tam szczynści zaroz, głupoty opowiadosz Alojz. Kąpiel ci bydzie trzeba sprawić najpierw i galaty jakie nowe dać. Coś znańdymy.
 Wieczorem wykąpał się Alojz po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Założył świeże gacie, i objadłszy się tłustej szpyrki, pozostawionej specjalnie dla niego na stole, poszedł w końcu do wielkiej izby, gdzie gospodyni czekała już na niego. Bo jak to mówią: życie-czy tego chcemy czy nie- idzie do przodu dalej. I żyć trzeba, nie obracając się na to co przeminęło i już nie wróci. 

 Wkrótce też pobrali się wielka gospodyni Waliczkowa z parobkiem Alojzem, który był teraz od razu wielki pan!
 Ta odmiana losu musiała oszołomić popychanego dotąd młodzieńca. Pryczę z obory zamienił na małżeńskie łoże nieboszczyka Waliczka! Gospodyni była nagle jego własną żoną. W gospodarstwie teraz on był gospodarzem. Do kościoła w Rudzicy mógł jeździć koniem i z innymi gospodarzami rozmawiać jak równy z równymi. Bardzo szybko też gospodyni, teraz po mężu Iskrzycka-choć we wsi wciąż raczej Waliczkowa- zaszła w ciążę, i wydała na świat swoje ostatnie dziecko. Ślicznego chłopczyka-oczko w głowie tatusia. 
 Nowy członek rodziny na pewno przyczynił się do ugruntowania świeżo zdobytej pozycji młodego gospodarza i bardzo podniósł Alojzową pewność siebie. 
 Ale ta nowa sytuacja nastręczyła również nie lada dylematów w rodzinie. Dzieci z pierwszego małżeństwa musiały z niepokojem obserwować rozwój wydarzeń. Ich los na pewno również leżał na sercu starzejącej się gospodyni, ale i jej najmłodszy- faworyzowany przez ojca- musiał być i przez matkę przecież kochany. W jakich gorących i bolesnych rozmowach zostały podjęte decyzje nie możemy dzisiaj wiedzieć. Córki na pewno powydawano za mąż, a jeśli był tam jaki Waliczkowy syn- a nie ma pewności, że był- dziedzic po zmarłym ojcu, gdy dorósł musiał odejść ze swoją krzywdą precz!
 (Jedynym dzieckiem starych gospodarzy Waliczków o którym udało mi się znaleźć jakiekolwiek informacje jest córka Anna Waliczek. Wyszła ona za mąż za Jana Kieczkę, komornika z Ligoty z którym miała córkę Rozalię. Rozalia, wnuczka gospodyni Waliczkowej mieszkała później jakiś czas u swojej babki, może jako swego rodzaju pomoc domowa). 
 W okolicznych wioskach nie była to rzecz nadzwyczajna, że na gospodarstwie zostawało dziecko najmłodsze, bez różnicy czy był to syn czy córka. Akurat w tym gospodarstwie los sprawił, że dziecko najmłodsze było tylko przyrodnim- dla starszego rodzeństwa, a nie rodzonym- bratem.
 Alojzowy pierworodny dostał więc po ojcu nazwisko, a po matce - całe zagrodnicze gospodarstwo.

Epilog
Wiele miesięcy po zakończeniu pracy nad powyższym tekstem udało mi się natrafić na ślad po enigmatycznym parobku Alojzym. Przeglądając materiały zgromadzone w bielskim archiwum państwowym nieoczekiwanie objawił mi się gospodarz-zagrodnik spod numeru 30. Poprzednik już zupełnie historycznego Alojzego Iskrzyckiego, pszczelarza z północnego Bronowa. A więc jego ojciec.
Co ciekawe jego imię nie jest tym samym, które w swojej pamięci przechowała rodzina i które pojawia się w mojej opowieści. Nie jest to rzecz wcale nadzwyczajna. Pamięć ludzka jest zawodna i krucha. I przemija wraz z nami ulegając jeszcze po drodze wielu odkształceniom...
Prawdziwe imię parobka, który przejął gospodarstwo swoich chlebodawców brzmiało Karol.
Skąd Karol pochodził na chwilę obecną nie wydaje się jednak możliwe do ustalenia.

Komentarze