Historia poniższa jak najbardziej prawdziwa, tylko w detalach różna. Dla niepoznaki!
Stara Mrukwina to była biedna i ciemna kobieta. Ale czy mogła być inna? Urodziła się gdzieś początkiem xx wieku, tuż pod Wielką Wojnę- a nie było w historii ludzkości epoki bardziej haniebnej i podłej. Skończyła tylko wiejską szkołę ludową, może w sam raz na rozpad Austryi, co jej też zupełnie nie obeszło. Nauka szła jej z dużym trudem jako że ciągle była w domu potrzebna, i nie było jej opiekunom w smak tracić dwoje młodych rąk kiedy tyle roboty w domu. Była im dzieckiem przybranym, wziętym za swe z jeszcze uboższej rodziny. Tak od głupich i biednych trafiła do drugich biednych i głupich, a dzieciństwo jej pełne było roboty bez końca. Niczego tam innego nie było!
Gdy wychodziła za mąż- nie z miłości broń boże. Miłość to jeszcze głupsza rzecz niż bieda. Z biedy więc. Jej przybrani rodzice-którzy w międzyczasie zdążyli się już porządnie zestarzeć i dokładnie zrozumieć, że niczego im już nie będzie trzeba- raz jeden dali jej trochę dobroci. Podarowali jej hektar dwadzieścia ziemi rolnej w samym kątku Nowego Światu.
Gdy dostawała swoje hektar dwadzieścia- przez chwilę była najbogatszą i najdostojniejszą gaździną w całej wsi. Ale potem okazało się że pole daleko. U niej z mężem gospodarki też żadnej. I leżało sobie odłogiem. Aż zainteresował się nim ligocki młynarz bez młyna. Duży solidny gospodarz, a przy tym chciwy człowiek i chytry, jak żaden inny.
Po krótkich namowach zgodziła się stara Mrukwina- na powrót już uboga i ciemna wiejska baba- oddać swoje hektar dwadzieścia w dzierżawę.
Plony były piękne każdego roku jak u dobrego zapobiegliwego gospodarza się należy. A czy tam coś było płacone za tę dzierżawę? Może było, a może nie. Przestała z czasem myśleć Mrukwina o swoim wianie młodzieńczym. Bo co i tam było myśleć. Troski ją przygięły do ziemi. I zniszczyły jej serce i ochotę do życia.
Po dwudziestu latach przy jakiejś okazji okazało się, że pole nie do niej już należy ale zostało przejęte przez zasiedzenie.
Przez chytrego ligockiego młynarza bez młyna.
Rozpłakała się stara Mrukwina. Wyła z boleści strasznej aż ciężko było wytrzymać. Ze swoją boleścią chodziła od domu do domu, aż zaszła i do Janka dawnego kowala. Ale ten wysłuchawszy jej narzekań rzekł jak i inni wcześniej całkiem oględnie:
-Żal mi was Mrukwino, krzywda wam się stała bez dwóch zdań. Ale co ja wam poradzę. Z młynarzem bogatym wojować nie będę.
-Jakiż on młynorz-broni się i błaga stara Mrukwina.-A jakby taki bogaty był to by i po cudze przecie nie sięgał. Bo i po co.
-Toż on i dlatego po cudze sięgał że bogatemu zawsze pieniądz pachnie. Najlepiej pogódźcie się z tym i zapomnijcie. Lżej wam żyć będzie!
Na to zerwał się zza stołu Jankowy syn Bronek, który przysłuchiwał się całej rozmowie i już zdzierżyć nie mógł i krzywdy Mrukwinej i oględności ojca swojego.
-Ja wam pomogę-zawołał. A cholera go brała taka sama wielka jak i każdego innego by brała, na taką jawną niesprawiedliwość.
-Nie może być że będzie ten stary przechera chodził jak tyczka wyprostowany i ujdzie mu wszystko na sucho.
W ten sposób napisano list do młynarza w którym stało mniej więcej tak:
Panie taki i taki
Krzywdę wielką wyrządziliście Mrukwinej wdowie biednej sierocie. Nic w życiu nie miała dobrego bo ani rodziców ani męża takiego jakby trzeba. I teraz wy jeszcze się znaleźliście z tym złodziejstwem. Bo to trzeba złodziejstwo nazwać po imieniu. Jak na spowiedzi.
Pole już żeście przejęli, niech i tak będzie. My z urzędnikami wojować nie będziemy. Ale należy się Mrukwinej wdowie i sierocie sprawiedliwa i po bożemu za taką krzywdę spłata.
A żeby nie zechciało się wam czasem od tej spłaty wywinąć zaraz i do księdza ligockiego podobny list wyślemy. W którym się wszystko wyłoży jak było i jak jest. Niech i parafia się dowie i sam najwielebniejszy.
I tak list poszedł.
Nie minęło wiele czasu i zajechał stary młynarz bez młyna pod chałupę lichą brudną starej Mrukwinej. Wysiadł ze swojej kolasy sztywno chudy i wysoki. I zaraz cienkim głosikiem Mrukwinej wypytuje czy list do księdza już też poszedł?
-Nie nie poszedł jeszcze-gada Mrukwina.-Ale już gotowy dwa dni leży tylko na pocztę zanieść.
-Oj to dobrze. Nigdzie nie trzeba wam chodzić na pocztę Mrukwino. Wszystko wam się wypłaci jak się należy. Chcieli my wom już wcześniej wypłacić, no roboty tyle, że zapomnieli. Tylko listów już żadnych nie piszcie.
A w duchu myślał: Byłbym przysiągł że ciemna baba, a tu czort jakiś.
Zaraz też pół świńskiej tuszy jej naszykowali i jeszcze przed końcem roku ładną rekompensatę pieniężną.
Pojadł i z tego rezolutny Bronek. Krupicy było na trzy dni!
Komentarze
Prześlij komentarz