Było to chyba we wczesnych latach osiemdziesiątych, gdy dziadek mój Jan, pracując ze swoim synem Bronkiem na Polu nad Rzeką zgubił młotek.
Z pewnością nie jest to wydarzenie na miarę wielkiej narracji historiograficznej, ale jednak w jednostkowej skali nie mniej istotne, jak się wkrótce okaże.
Że młotek się zgubił, nie od razu się w tym zorientował dziadek, bo miał koszenie na głowie. Pole dwudziestoarowe- wąski i długi pas ziemi. Pokos kładzie się za pokosem. Gdy jednak skonstatował, że młotka nie ma, począł za nim się rozglądać, zrazu nie przerywając jeszcze pracy. W końcu, gdy stało się jasne, że młotek tak po prostu nie podejdzie mu pod oko-odłożył kosę na bok pod drzewem i ruszył chodzić metodycznie wkoło z głową zwieszoną, wypatrując oczy za zgubą. Młotek nie chciał się jednak odnaleźć!
Dziadek nie chciał się poddać. Żal mu było tego młotka. Był to stary, dobry i sprawdzony młotek, który służył mu do klepania kosy, i zabierał go zawsze ze sobą, gdy wychodził w Pole nad Rzeką, które leżało kilka kilometrów od domu. Jeśliby zaszła taka potrzeba mógłby szybko młoteczkiem na lada jakim kamieniu kosę przeklepać, podostrzyć i cięłaby znowu jak brzytwa. Przede wszystkim jednak służył mu ten młotek do pobijania drewnianego klinka, w mocowaniu noża kosy do kosiska, gdyby się obluzowało. A to przy koszeniu działo się co chwila, gdy uderzyło się o coś kosą lub trafiło na zbitą gęstwę stwardniałych traw.
Zmrok go tam zeszedł na tym Polu nad Rzeką, gdzie dreptał wciąż uparcie, nie chcąc zaakceptować, że młotek mu przepadł. Dzień zgasł w końcu i trzeba było nieodwołalnie wracać już do domu. Dziadek czynił to z wielkim i nieodżałowanym poczuciem straty.
Gdy ponad dwadzieścia lat później pracowaliśmy na tym samym Polu nad Rzeką, ojciec przechadzając się wzdłuż i na około jak to miał w zwyczaju z rękoma założonymi z tyłu zahaczył o coś butem, i zaraz pochylił się i przykucnął bo go to zaciekawiło. Grzebiąc rękami w spalonej zmierzwionej trawie zasapał się nawet trochę, ale w końcu wyłuskał coś i podrzucił lekko na dłoni. Potem powstał, i z głową wciąż pochyloną ściszonym głosem, niby do samego siebie, niby do mnie, powiedział:
-Ile on sie biedoczek za tym młotkiem nachodził! Ile on sie go naszukoł!
Młotek odnalazł się grubo poniewczasie, bo dziadek od 1996 roku już nie żył. Pochowaliśmy go na bronowskim cmentarzu w grobie babci. Dzień wtedy był jeden z najpiękniejszych, i do dzisiaj dobrze go pamiętam. Jak i to że całowałem zimne czoło dziadka, gdy leżał w otwartej jeszcze trumnie. Przez te lata długie, które przeszły drewniany trzonek zgnił zupełnie i pozostała tylko żelazna zżarta częściowo przez rdzę główka.
Stojąc tam u boku ojca i wpatrując się w brudny kawałek metalu, nie zatrzymałem się nad tą znajdą z żadną głębszą refleksją wówczas. Potem jednak przypomniałem sobie tę dawną historię- nie żył wtedy również i mój ojciec- i wreszcie pojąłem, że na prawdę różne są poziomy na których realizuje się historia człowieka. I w ogóle historia ludzkości.
I zaczęły mi się przypominać te wszystkie rekwizyty odeszłego świata, które w dzieciństwie widywałem jeszcze u nas w domu. Stary kołowrotek ze strychu i rozwalone drzwi do szpyrczoka. Kosa oparta o ścianę stodoły. Żerdki do noszenia kopek. Żywotek babci, i jej świadectwo ze szkoły. Wreszcie przedwojenne kowadło dziadka.
W rekwizytach tych już bezużytecznych, i wspomnieniach odchodzącego pokolenia zamknięta jest opowieść o tym jak żył i czym był tzw. prosty człowiek zanim wielkie przemiany świata nie przekreśliły starych porządków i obyczajów.
Z czasem dla tej opowieści zgrzebnej i prostej miałem odrzucić swoją dawną namiętność dla historii wielkiej i podręcznikowej, gdy zrozumiałem, że jest ona-opowieść o życiu prostego człowieka- jedyną, którą sam chciałbym opisywać i badać.
Komentarze
Prześlij komentarz