Kampania wrześniowa w Bronowie

Trzy dni...

Na Śląsku Cieszyńskim – czyli u nas – kampania wrześniowa trwała niecałe trzy dni.

Mieszkańcy Bronowa już rankiem pierwszego dnia września wiedzieli, że stało się najgorsze. Odległość wioski od granicy państwowej nie była duża, wróg więc od razu był bardzo blisko. Mało tego, z każdą niemal godziną zdawał się przebywać bliżej, albowiem wojsko nie było w stanie powstrzymać nieprzyjaciela przed jego pośpiesznym marszem w głąb kraju.

Sytuacja przedstawiała się więc bardzo źle. Poczęły się pośród ludzi rozprzestrzeniać najróżniejsze, także makabryczne plotki. W wielu domach rozważano wówczas ucieczkę. I rzeczywiście, pewna liczba rodzin – nieduża – zdecydowała się na nią. Większość jednak, z wielu różnych powodów, pozostała na miejscu, oczekując z niepokojem na dalszy bieg wypadków.

W jakiś czas później (wszystko to są informacje niepewne) widziany był we wsi niewielki oddział (lub tylko grupa) wycofujących się polskich żołnierzy. Zmęczeni nasi chłopcy mieli nawet zatrzymać się za budynkami szkolnymi, aby nieco odpocząć. Leżeli tam wśród wysokich traw za płotem, wyczerpani marszem. Potem zniknęli. Wraz z ich odejściem stało się jasne, że wioski nikt nie będzie bronił i trzeba się szykować na nadejście wroga.

Drugiego września krążące już po okolicy dwa pojazdy pancerne – opisywane w publikacjach dotyczących sąsiednich miejscowości – zajechały także do centrum Bronowa. Nie ma żadnych informacji, aby w związku z tym doszło do jakichkolwiek walk czy choćby krótkotrwałej wymiany ognia; nie obyło się wszakże bez dramatycznych wydarzeń. Zginął bowiem człowiek.

Jak (nie) dać się zabić...

Większość z nas na widok zbliżających się obcych o jawnie wrogich zamiarach najprawdopodobniej będzie starała się zejść im z drogi. To całkowicie naturalny odruch. Bronowianie, którzy nie zdecydowali się na ewakuację, pozostawali więc w obrębie swoich gospodarstw i domostw, unikając wszelkich sytuacji, które mogłyby narazić ich na niebezpieczeństwo. Ale nie wszyscy.

Tak więc pierwszą ofiarą wojny w wiosce stał się miejscowy bogaty rolnik, który na widok zbliżających się pojazdów pancernych zachował się dokładnie odwrotnie, niż podpowiadałby rozsądek. Zamiast zamknąć się w chałupie i przeczekać ciężkie chwile, pobiegł z własnego podwórka ku drodze, aby witać najeźdźców. Wołał coś przy tym, energicznie wymachując rękami. Nieszczęśliwie ten wielce kontrowersyjny akt entuzjazmu nie został właściwie odczytany przez napastników. Poszła seria z karabinu maszynowego i był pierwszy trup w Bronowie.

Ze wszystkich wojennych historii, jakie opowiadano sobie potem przez lata, tę przywoływano najczęściej, aż stała się swego rodzaju anegdotą, legendą wiejską. Opatrywaną często krytycznymi komentarzami i szczegółami, które mogły niekiedy znacząco różnić się między sobą.

Na początku wojny był to jednak przede wszystkim wyraźny sygnał, że wieś nie jest jednorodna pod względem odczytywania nowej sytuacji politycznej i pozycjonowania swoich własnych interesów względem niej. W późniejszym czasie rzeczywiście miało dojść do wielu bolesnych wydarzeń wynikających z tego wewnętrznego podziału. Wszystko to były sprawy bardzo poważne, które jeszcze wiele lat po wojnie wpływały na relacje między sąsiadami.

3 września wraz z odejściem ostatnich żołnierzy na wschód, w stronę Krakowa, zniknęła Polska z najbliższej okolicy. Wkrótce zniknął też i Bronów. Na jego miejscu pojawił się ponownie Braunau, co starszym mieszkańcom mogło przypomnieć lata ich młodości pod austriackim panowaniem. Jak się miało niebawem okazać, nowa władza była do tej austriackiej zupełnie niepodobna. Franciszek Józef nie powstał z grobu.

Z Bronowa na wojnę...

W miesiącach poprzedzających wybuch wojny zmobilizowanych zostało wielu młodych mężczyzn z obszaru Śląska Cieszyńskiego, w tym i wielu Bronowian. Wzięli oni później udział w nieszczęsnej kampanii wrześniowej, walcząc jeszcze długo po tym, jak ich rodzinne miejscowości znalazły się już pod okupacją.

Poniżej przedstawiam sylwetki dwóch synów z rolniczych rodzin, którzy – tak jak tylu innych wówczas  w następstwie niekorzystnej sytuacji geopolitycznej stali się uczestnikami tragicznej wojny obronnej 1939 roku. 


Na zdjęciu Alojzy Iskrzycki, tutaj jako pracownik przymusowy w Allrath. Mundur jeszcze wrześniowy, ale pozbawiony już wszelkich polskich emblematów. Alojzy wziął udział w kampanii wrześniowej. Walczył jako żołnierz 3 Pułku Strzelców Podhalańskich. Dwa dni po stoczonej 7–8 września bitwie pod Biskupicami Radłowskimi dostał się do niewoli. Przeszedł przez okryty złą sławą obóz jeniecki Stalag VI A w Hemer. Następnie obóz w Allrath. I lata przymusowej pracy na gospodarstwie rolnym u bauera. Później ponownie znalazł się w obozie, tym razem tzw. obozie przejściowym zorganizowanym przez aliantów. Do Polski wrócił w 1946 roku. Ożenił się z Józefą Krzempek z Iłownicy, z którą miał dwie córki, Janinę i Anielę. Od 1955 roku Alojzy pracował w Kolejowej Straży Pożarnej w Czechowicach-Dziedzicach jako instruktor ochrony przeciwpożarowej. Zmarł w 1993 roku i został pochowany na parafialnym cmentarzu w Bronowie.

Jan Szczyrbowski na fotografii ze swoją żoną Marią Zbijowską. Młodzi mieli się ku sobie jeszcze przed wojną. Myśleli nawet o ślubie. Rozdzielił ich jednak zły los. Jan dostał powołanie 24 sierpnia do 4 Pułku Strzelców Podhalańskich w Cieszynie. Nie podobało mu się, że musi zostawić swoją dziewczynę. Od gorzkiego obowiązku wobec ojczyzny nie uchylił się przecież. Wziął udział w wojnie obronnej. Przeszedł wojenny szlak od Cieszyna aż nad Dunajec. Dziewiątego września dostał się do niewoli. Z czasem, jak wielu jego kolegów jeńców stał się pracownikiem przymusowym na gospodarstwie rolnym, daleko od swojej wioski i od Marysi. Do domu powrócił dopiero w 1946 roku, przeszedłszy zapewne jeszcze aliancki obóz przejściowy. Zaraz też ożenił się z Marią, która czekała na niego ponad sześć lat. Małżonkowie, choć bardzo spóźnieni w swojej miłości, przeżyli razem jeszcze pół wieku. Doczekali się siedmiorga dzieci oraz wielu wnuków i prawnuków. Razem i w małżeńskiej zgodzie pracowali na dużym gospodarstwie rodzinnym, odbudowując go z wojennych zniszczeń. Jan zmarł w wieku 92 lat, jego żona dożyła lat 95. Oboje pochowani są na cmentarzu parafialnym za bronowskim kościołem. Ich grobem opiekuje się z wielkim staraniem córka Teresa.

Cmentarz za kościołem...

Nic tam – co zrozumiałe – nie ma na nagrobkach o udziale w kampanii wrześniowej Alojzego i Janka, nic o 3 czy też 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. Ani słowa o walkach pod Biskupicami Radłowskimi. O obozach jenieckich, o pracy przymusowej. O utraconych bezpowrotnie latach też nic. Po prostu zwyczajnie, zwykłe daty, imiona, nazwiska...

Drodzy czytelnicy, jeśli będziecie kiedyś przejeżdżać przez Bronów, nie omieszkajcie zajrzeć na cmentarz parafialny w tej wsi. Nieduży, ogrodzony płotem plac za kościołem. Wypełniony mogiłami od krańca do krańca. Odnajdźcie groby: Alojzego (5 w 1. rzędzie, sektor B) i Janka (2 w 1. rzędzie, sektor D) i zmówcie jedno "Ojcze nasz" za ich żołnierskie, dzielne dusze!

***
Treść artykułu została zbudowana na bazie zebranych przez autora wywiadów z mieszkańcami Bronowa. Także na podstawie zasłyszanych w młodości relacji świadków. Jest bardzo prawdopodobne, że niektóre szczegóły można by opowiedzieć inaczej. Ludzka pamięć bywa zawodna. 
Nie jestem pewien czy uda się jeszcze zdobyć jakieś nowe informacje o tak odległych wydarzeniach, tym bardziej wydało mi się ważne, aby spisać to co jeszcze ocalało w pamięci. Efemeryczna obecność garstki polskich żołnierzy we wsi domaga się weryfikacji z innych źródeł. O dwóch pojazdach pancernych krążących po okolicy pisał już Eugeniusz Kopeć, później także ksiądz Józef Krętosz i inni.

Komentarze