Na gospodarstwie chałupniczym: wprowadzenie

Na dawnym Śląsku Cieszyńskim najmniejsze gospodarstwa rolne nazywano chałupniczymi. W każdej miejscowości było ich całe mnóstwo. Ich skromne zabudowania wyrastały w każdym niemal kącie wsi otaczając niejako znacznie większe gospodarstwa zagrodnicze i siedlacze wobec których do pewnego stopnia pełniły rolę służebną.  

Aby ukazać we właściwym świetle kondycję gospodarstw i rodzin chałupniczych zacznę od krótkiej charakterystyki pozostałych grup właścicieli rolnych. Siedlacy byli najzamożniejszymi i z tej racji najbardziej wpływowymi właścicielami gospodarstw na wsi cieszyńskiej. Dysponowali największym majątkiem mogącym obejmować nawet trzydzieści i więcej hektarów gruntów rolnych. Aż do połowy xx wieku mieli- co zrozumiałe- najwięcej do powiedzenia w swoich gminach. Za nimi sytuowali się zagrodnicy, czyli średniorolni. Ci mieli gospodarstwa nieco mniejsze, chociaż wciąż stosunkowo duże. Zdarzało się, że nawet kilkunastohektarowe. Zarówno siedlacy jak i zagrodnicy mogli posiadać stałą pomoc domową oraz parobków. W miejscowościach, gdzie własność rolna była już bardzo rozdrobniona i siedlacy nie występowali-jak na przykład w Bronowie- to zagrodnicy przejmowali wiodącą rolę w gminie i z racji swojej zamożności mieli największy wpływ na bieg wydarzeń we wsi. Siedlacy i zagrodnicy to dwie dosyć podobne, chociaż różne grupy gospodarzy wiejskich.

Trzecią grupę, często najliczniejszą stanowili właśnie chałupnicy. Chałupnicy mogli posiadać nawet do czterech hektarów roli, bywało, że i wraz z koniem i wozem. W większości posiadali jednak znacznie mniej gruntu. Morgę zaledwie lub kilka morg. Czyli od około pół do dwóch i pół hektara. Dysponowali też chałupnicy skromną zabudową gospodarczą na którą składały się na ogół: nieduży budynek mieszkalny połączony z chlewem, nieduża stodoła lub szopa. Wszystko ogrodzone drewnianym sztachetowym płotem.

Zanim w drugiej połowie xix wieku utworzono pierwsze miejsca pracy w rodzącym się przemyśle, jedynym źródłem dochodu dla mieszkańców wsi było pole. Kto ile miał pola tyle miał i bogactwa. A im mniej kto miał gruntów tym był biedniejszy. Komornicy, którzy nie posiadali nawet piędzi ziemi, żyli na wsi w prawdziwej nędzy. Nie mieli wiele do powiedzenia w sprawach gminy, i właściwie pozostawali jak gdyby poza marginesem społeczności wiejskiej.

W tym sensie chałupnicy mieli nieco lepiej. Dysponowali wszak jakimś majątkiem. Inna sprawa, że majątek ten najczęściej nie był wystarczająco duży, aby zapewnić im godziwy dochód, czy też w skrajnych przypadkach minimum egzystencjalne. Wielkim obciążeniem i problemem w takich gospodarstwach okazywały się bardzo często dzieci. Stąd pośród komorników i chałupników występowała w większym stopniu niż pośród zagrodników i siedlaków-domowa aborcja oraz najczęściej przez skrajne zaniedbanie dzieciobójstwo. W żadnym wypadku nie była to jednak norma, ale raczej wstydliwy i bolesny margines. Temat trudny i na wsi cieszyńskiej chyba należycie nie przebadany. 

Grupa chałupników była spośród trzech grup właścicieli rolnych najmniej jednorodna i rozwarstwienie majątkowe było wśród jej członków też największe. Nie wszyscy chałupnicy z racji skromnych środków mogli sobie pozwolić na posiadanie rozbudowanego żywego inwentarza. Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zazwyczaj posiadali i drób, i świnię oraz co najważniejsze dla nich: krowę. Pozycja krowy u chałupników, o której mówiło się, że jest żywicielką rodziny była najwyższa w całym gospodarstwie. Wyższa niekiedy niż członków rodziny gospodarza. Od jej dobrostanu w stopniu wprost proporcjonalnym zależał dobrostan samej rodziny. Z tym, że dobrostan ten był pojmowany daleko skromniej niż ma to miejsce dzisiaj.

Rodzina gospodarująca na kilku morgowym gospodarstwie była w stanie się utrzymać, pod warunkiem bezwzględnego przestrzegania swoistego chałupniczego kodu. Kod ten nie był nigdzie spisany, ani nawet ściśle określony. Znajdował się on w mentalnym DNA ludzi, którzy z pokolenia na pokolenie uczyli się jak przetrwać w warunkach ograniczonych zasobów. To mentalne DNA było tak głęboko zakarbowane w umysłowości chałupników, że zupełnie uniemożliwiało im wyjście poza jego ramy, nawet wówczas gdy zachodziły na wsi cywilizacyjne zmiany i wzrastał ogólny dobrobyt. Stąd wymierające pokolenie dawnych małorolnych chłopów nie potrafiło znaleźć zrozumienia dla wszelkiego marnotrawstwa i gnuśności nowej generacji, która czerpała już wzorce z innych źródeł. 

Rodzina chałupnicza składała się z pary małżonków obojga płci. Byli to więc mężczyzna i kobieta związani świętym sakramentem przez Boga udzielonym im za pośrednictwem księdza lub pastora, najczęściej w miejscowym kościele. Z biegiem czasu do pary małżonków dołączało kilkoro ich potomstwa. Bywało, że przy rodzinie pozostawał jeszcze jeden z rodziców młodych gospodarzy. Po jego śmierci uwolnioną izbę wynajmowano bezrolnym komornikom. W jednej takiej izbie, zazwyczaj nie większej niż średniej wielkości współczesny pokój mieszkać mogła cała komornicza rodzina. Nie było to nic nadzwyczajnego. Sami chałupnicy również nie mogli cieszyć się szczególnie dużą przestrzenią. Dorośli spali w wielkiej izbie, a ich dzieci czy było ich dwoje czy dziesięcioro na ogół miały swoją sypialnię w kuchni. Kuchnia była też zresztą najważniejszym pomieszczeniem w całym domu. To tutaj przygotowywano posiłki, posilano się, przyjmowano gości i pracowano.

W społeczności wiejskiej obowiązywały w zasadzie "od zawsze" trzy kalendarze. Wszystkie trzy zresztą tak samo były ważne. Pierwszy był to kalendarz kościelny, liturgiczny. Wyznaczał on rytm życia społecznego i religijnego. Wokół kościoła i jego rytuałów skupiała się aktywność społeczna wsi. Drugim był kalendarz pracy rolniczej. Od zasiewów, przez pielęgnację po zbiory. Zwierzęta hodowlane również wymagały stałej i usystematyzowanej opieki. Trzecim wreszcie był kalendarz dostępności seksualnej młodej gospodyni. Jej sprawność rozrodcza i biologiczna odporność na trudy życia, była fundamentem dobrostanu rodziny. Zaraz obok krowy-żywicielki jak była o tym mowa wyżej.

Powiedzenie, że życie to śmiertelnie poważna sprawa jak nic innego pasuje do chałupniczego rozumienia sprawnie prowadzonego gospodarstwa. Tylko takie gospodarstwo bowiem mogło zapewnić rodzinie chałupniczej biologiczne przetrwanie. Gospodarstwo niewielkie, ale stosunkowo wydajne. Pofolgować sobie w czymkolwiek w warunkach gospodarowania na kilku morgach to mogła być zbrodnia, prowadząca do katastrofy. Chałupnicy krzątali się na swoim spłachetku pola tyleż z niewolniczym co i miłosnym uzależnieniem od- jak to się mówiło- roboty.

Główna rzecz to zrozumienie gradacji ważności w życiu chałupników. A była ona zupełnie nieskomplikowana. Na pierwszym miejscu było gospodarstwo i jego potrzeby. Wszystko inne było mniej istotne, co nie znaczy, że nie ważne. Praca na i wokół gospodarstwa był to cały system głęboko logicznych czynności, które musiały być wykonywane we właściwym czasie i z właściwą starannością bez względu na koszty. Niewielki areał gospodarstwa chałupniczego zmuszał do maksymalizacji wysiłku, aby wydobyć wszystko co było możliwe ze skromnego kawałka gruntu nie obniżając jego zdolności produkcyjnych.

Dlatego chałupnicy-chociaż nie byli samowystarczalni- starali się w prowadzonym gospodarstwie wypracować jak najwięcej z tego co było im niezbędne do przeżycia. A żeby cokolwiek wypracować, trzeba było zginać karku. Gdy bolał to zaciskać zęby. Dzień bez roboty to był zmarnowany dzień. I nie było też po co siedzieć po próżnioku. Lenistwo to grzech, tak się mówiło.

Z resztą nie było czasu na lenistwo. Tych kilka morg roli trzeba było przecież obrobić. W przypadku chałupników, poza orką czy bronowaniem, gdy najmowało się kogoś z koniem cała reszta to była robota ręczna. Szli do tej roboty i dorośli i dzieci. Trzeba było posiać, posadzić i oplewić. Od tego plewienia nie dało się ani uwolnić ani uciec! Ledwie oplewiło się jedno już zarastało drugie. A gdyby zostawił w chwastach to by zdziczało, zmarniało. Na to nie można było pozwolić!

Praca ciężka była też przy zwierzętach. Przy kurach, kaczkach, gęsiach. Przy świni, przy królikach, kozach. Przede wszystkim jednak przy krowie.

Ta jednak odpłacała w czwórnasób! Dawała bowiem mleko. Z tego mleka była i śmietana, i był ser, i było masło. Na dokładkę było też kwaśne mleko i serwatka. Wszystko zdrowe, pożywne i smaczne. Bez krowy z kolei groziła nędza. Krowa była największym pragnieniem małorolnych gospodarzy. Kto taką miał czuł się niby bogacz, i o sobie samym myślał z wielkim ukontentowaniem.

Do tego kury nosiły jaja. Czasem którąś się ubiło ku wielkiemu świętu na rosół. Świnie zazwyczaj hodowało się dwie w ciągu roku. Jedną po drugiej. Tę drugą zabijało się, gdy było już blisko do świąt Bożego Narodzenia. Mięso z niej było potem na całą zimę. Na mięso trzymane też były króliki i kaczki.

Wbrew pozorom prowadzenie małego gospodarstwa rolnego, nie było rzeczą prostą. Wiązało się bowiem także z wieloma dylematami natury logistycznej. Największym z nich była niewystarczająca ilość paszy, szczególnie pośród najmniejszych z gospodarstw chałupników. Krowa potrzebuje jeść cały rok. Zimą żywi się sianem. W sezonie żywi się trawą. A łąka zazwyczaj była tylko jedna i nieduża. Więc trawę na łączce trzymało się żeby urosła. Kosiło się ją i suszyło. Następnie składowało na strychu, aby użyć podczas zimowych miesięcy. Krową zaś spasało się wszelką dostępną miedzę. Trawsko porosłe wzdłuż dróg. I lichą trawkę w sadzie. Jeśli tego nie było dosyć, trzeba było pójść do któregoś z wielkich gospodarzy i uniżenie prosić czy można by tam popasać na jego miedzy wzdłuż jego łanów ze zbożem. Gospodarz ten zazwyczaj wyrażał łaskawą zgodę, ale nie bezinteresownie. Zaraz trzeba było obiecać, że wtedy i wtedy podeśle się dziecek do pomocy, aby przysługę tę odpracować.

Robota wytężona była więc na okrągło. Bąków zbijać nie było czasu.

Nawet to wszystko jednak mogło nie być wystarczające aby przetrwać. Dlatego jedno z małżonków zajmowało się dodatkowo inną działalnością zarobkową. Na przykład krawiectwem, kowalstwem, handlem. Gdy było w domu dużo potomstwa, oddawano któreś z dzieci na tzw. służbę. Najczęściej do bogatszego rolnika. W czasie wzmożonych prac czy sezonowych zbiorów cała rodzina chałupnicza, bywało szła do zagrodnika czy siedlaka, aby pomóc przy wykopkach czy żniwach. Zapłatą zazwyczaj była swaczyna, czyli poczęstunek w polu, do tego po pracy suty obiad na gospodarstwie. Niekiedy również mały dział z plonów najmującego rolnika: wiertel zboża czy cebrzyk ziemniaków. W późniejszym okresie także niewielkie pieniądze.

Praca więc, czyli jak mówiono robota była esencją chałupniczej doli. Tej pracy się nie odkładało. Tej pracy się nie wstydziło. Brało się na barki jej jarzmo rozumiejąc, że innej drogi być nie może.

Sytuację tę zmieniła dopiero rewolucja przemysłowa, która w największym stopniu przeobraziła chałupnicze uniwersum doprowadzając do jego drastycznego uszczuplenia. 

Póki co nie będziemy jednak odchodzić tak daleko od przedmiotu tego opracowania i pozostaniemy w świecie chałupniczym. W jego osobnej i osobliwej epoce, która trwała długo jeszcze po tym, gdy setki i tysiące migrowały ze wsi do miast za innym lepszym życiem. I inną pracą. Migrowali jednak nie wszyscy. I migrowali nie od razu. Wielu nie umiało i nie chciało pracować i żyć inaczej. 

Dlatego-choć już nie tak liczne jak kiedyś- gospodarstwa chałupnicze jednak istnieją do dziś. Na szczęście nie muszą się dzisiaj zmagać z widmem głodu, co czyni wielką różnicę.

Głód i nędza były w przeszłości stale obecne w życiu wsi. Bezustannie też zagrażały wszystkim rodzinom chałupniczym żyjącym na małych-a więc nisko-towarowych- gospodarstwach.

***

Johanka-moja babcia-ponoć nie była zadowolona, gdy początkiem roku 1938 wraz ze swoim mężem oraz dwójką dzieci obejmowała gospodarstwo chałupnicze opuszczone przez szwagierkę i jej rodzinę. Niezadowolenie to nie wzięło się znikąd, albowiem wprowadzając się na Nowy Świat w Ligocie, gdzie znajdowały się jej nowe włości, opuszczała znacznie większy majątek w Bronowie. Oddawała piękne gospodarstwo swoich teściów na rzecz małego jedno-morgowego spłachetka pola z nieotynkowanym budynkiem z cegły i niewielką szopą. Johanka była zła na męża, bo to jego brak charakteru doprowadził ją do tego położenia. Ją wyuczoną krawcową, córkę murarza, która mogła być wielką gospodynią. 

Krawcową była sprawną, słynącą ze swojego kunsztu w całej wsi. Dzisiaj ta dawna wieś Johanki w całości wymarła, i nie ma nikogo kto mógłby potwierdzić to życzliwe o niej wspomnienie, które przechowało się w pamięci rodziny. Nie mniej jak to pośród chałupników bywało dodatkowy fach poza rolnictwem był niezwykle pomocny w utrzymaniu się. Tym bardziej, że już wkrótce miały się sypać jak z rękawa kolejne dzieci.

-Chałupniczkom byde... - powiedziała półgłosem Johanka. Była odrobina melancholii w jej głosie i żal. Jej mąż Janek, mój dziadek stał obok z bezradnie opuszczonymi ramionami. Milczał, podczas gdy Johankę co raz wyraźniejsza brała cholera.

-Nawywijoł żeś pieronie! I co? Jak my bydymy z tego kąszczka żyć?

-Domy radę-zaczął improwizować, zupełnie wbrew własnej naturze Janek.- Ty bydziesz szyła, jo byde robił w polu.

-W polu bydziesz robił?! Taki elegant z muszką?

-Z muszką do świni przeca chodził nie byde-odparł. Na co roześmiała się hałaśliwie Johanka.

-Kto cie tam wie czy nie bedziesz!...

-Z czasym przecie dojdymy do czego.

-Już to widze. To twoje z czasym...-powiedziała to Johanka w tonie żartobliwym mrużąc lekko oko i uśmiechając się ku mężowi, ale ten obraził się nagle.

-Z czasym zbuduje się i małą kuźnię, i bydzie też jaki grosz.-odpowiedział sztywno, nie patrząc na żonę.

Na ile go na prawdę całe to zawirowanie majątkowe obchodziło, trudno powiedzieć. Po latach wszakże bardzo krzywdował sobie. Ale wówczas? Bardziej prawdopodobne wydaje się, że zależało mu na udobruchaniu żony, bo on też zawsze przecież łasił się do jej siły witalnej od której był całkowicie uzależniony. Przekonywał się o tym każdego kolejnego wieczora, gdy po krótkiej modlitwie kładł się obok niej w łóżku...

Johanka znała dobrze gospodarstwo, które nagle było jej własne. Wielokrotnie wcześniej zachodziła na nie wraz z mężem, aby odwiedzić szwagierkę Dominkę. Oj skromniutko tam było. Ani prawdziwego pieca w kuchni, ani prawdziwej szopy w podwórku. Ta szopa była chyba najgorsza. Taka byle jaka. Właściwie nie szopa, a buda!

-Piyrsze nową stodołe narychtować bydzie trzeba. Nimoge na te patrzeć!-zakomunikowała mężowi, przestępując już próg dwuskrzydłowych drzwi wejściowych, i znikając w głębi znajdującej się za nimi sieni.

Może i to Janek prędko obiecał. Może nawet miał szczery zamiar, aby rzeczywiście szybko pobudować coś większego. Ale tak nie było. Stodoła powstała dopiero parę lat po wojnie, gdy Johanka nie mogła już jej zobaczyć.

W 1938 roku nie załamywała jednak rąk. Wprowadzała się na tzw. nowe z gorącym pragnieniem gospodarowania jak się należy! Czy była tam jaka myśl o własnym szczęściu? Może i była, skromna i cicha. Ale o robocie był tam cały potok myśli wezbrany i gwałtowny. Jej mąż też myślał głównie o tym. Wyżyć czworgu z zaledwie jednej morgi to była bardzo wysoko zawieszona poprzeczka!

 Wysoko, ale prawdę powiedziawszy w sam raz na zdolności adaptacyjne cieszyńskiej rodziny chałupniczej.


Komentarze